Moja zima w kazachstanie
- Tegoroczna kończąca się zima skłania mnie do wspomnień i opisania identycznych pór roku, jakie przeżyłem gdy byłem wywieziony do Kazachstanu – rozpoczyna opowieść Romuald Januszko. - Był koniec kwietnia, gdy nasz pociąg towarowy dotarł do końcowej stacji w Kazachstanie. Mijając Mińsk, Moskwę, Ural już nigdzie nie było śniegu, a tutaj zalegał po pas. Przeniesiono nas z wagonu kolejowego do takiego samego ale na płozach i traktor na gąsienicach pociągnął nas do oddalonej o 70 km Nikołajewki. Tutaj też grubaśna pokrywa śniegowa sięgała 2 metrów. Domy zaśnieżone po sam dach - widoczne były tylko kominy. Ludzie nie odśnieżają, nie odrzucają tego śniegu od domu. Jest on takim uszczelniaczem ciepła, które nie ucieka łatwo z domu, jak też chłód nie przenika z zewnątrz. Na noc wieczorem trzeba wejść na ten płaski dach i nakryć otwór kominowy, żeby ciepło nie uciekało przez komin. Był taki przypadek, że kobieta poszła wieczorem przykryć komin, a rano znaleziono ją martwą 100 m od domu. Była zawierucha a ona kręciła się dookoła domu nie mogąc znaleźć tunelu do drzwi wejściowych. Kiedy jest taka zawieja to nic nie widać i ciężko się poruszać. Np. przechylony do 45 stopni do przodu idziesz i niesiesz dwa wiadra wody ze wspólnej studni na tzw. koromysłach. Dobrze jeżeli doniesiesz w połowie tej wody do domu. Ja wtedy chodziłem do szkoły oddalonej od nas o 25 km do sąsiedniej miejscowości. Mieszkałem tam na stancji, a w każdą sobotę zbieraliśmy się, a było nas kilku, i jechaliśmy na nartach do domu. Żeby się nie pogubić w taką zamieć przywiązywaliśmy się sznurkami w odstępach jeden od drugiego. Jeżeli ktoś odłączyłby się od grupy i zgubił, to na wiosnę odnajdywano jego kości - dzieło wilków. Teraz szkoły niedaleko, sklepy obok, woda na miejscu - siedzę w ciepłym mieszkaniu, piszę i wspominam tamte czasy – kończy opowieść Romuald Januszko.